Opowiadanie: Cela numer cztery
Frydryk zrobił to, w czym był genialny – zdał sprawę ze swych uczuć. I jak zawsze na końcu wyszło z tego coś jeszcze. Tym razem było to przeczucie końca wielkiego spaceru.
Seduxisti me Domine, et seductus sum. Uwiodłeś mnie, Panie. A ja pozwoliłem się uwieść. Wyryte drżącą, pewnie już nie najmłodszą ręką. A może tylko niewprawną lub niepewną z jakiegoś innego powodu. Inskrypcja znajdująca się tuż nad łóżkiem – tak, że była ostatnią rzeczą, jaką widział przed zaśnięciem i pierwszą po przebudzenie, stanowiła główną poszlakę. Początek domysłów na temat poprzedniego lokatora celi, która jak mu się w tej chwili zdawało, okaże się jego celą śmierci. „Powietrze jak w niebie" – przypomniał sobie z cierpkim uśmiechem zdanie z listu napisanego przed miesiącem do przyjaciela.
To, czym musiał oddychać, przywodziło na myśl raczej czyśćcowe męki. Ustawiony w kącie żelazny piec najprostszej możliwej konstrukcji, z rurą wychodzącą za okno, nagrzewał się bardzo wolno. Za to ceną tego ciepła był obrzydliwy, duszący smród. Żeby go pokonać, George sprowadziła z miasteczka indyjskie kadzidła. Te same, których używa się do odprawiania jakichś hinduskich rytuałów. Powietrze robiło się od nich mdlące, ale rzeczywiście, trochę łatwiej było nim oddychać.
Ile podobnych zim tamten musiał tu wytrzymać? Bez ogrzewania, za to ze wszystkimi narzuconymi przez surową, kartuską regułę obowiązkami. I gdzie teraz jest? Przecież wygnano ich dopiero kilka lat temu. Może rozdzielili się, po dwóch lub trzech, i mieszkają teraz w górskich chatach albo – jeszcze...
Archiwum Rzeczpospolitej to wygodna wyszukiwarka archiwalnych tekstów opublikowanych na łamach dziennika od 1993 roku. Unikalne źródło wiedzy o Polsce i świecie, wzbogacone o perspektywę ekonomiczną i prawną.
Ponad milion tekstów w jednym miejscu.
Zamów dostęp do pełnego Archiwum "Rzeczpospolitej"
ZamówUnikalna oferta