Dbanie o czynnik odstraszający
Zdaniem krytyków stworzenie nowatorskiej broni może być postrzegane na arenie międzynarodowej jako posunięcie prowokacyjne. W USA natomiast oznacza to potwierdzenie, że zależność od broni jądrowej się nie skończy.
Na południowy wschód od Berkeley, gdzie Bethany Goldblum pomaga wychowywać kolejne pokolenie naukowców jądrowych zainteresowanych polityką, leży miasto, w którym polityka ta jest realizowana w praktyce: Livermore, będące siedzibą Narodowego Laboratorium Lawrence Livermore. Kiedy aktywistka Marylia Kelley przeprowadziła się tam kilkadziesiąt lat temu, miała nadzieję, że będzie to sielankowe miejsce, idealne do wychowywania dziecka. Oczywiście wiedziała, że w mieście znajduje się jakieś rządowe laboratorium. Wiedziała również, że najwyraźniej pracuje tam wielu mieszkańców. Nie zdawała sobie jednak sprawy, przynajmniej na początku, że laboratorium istnieje głównie po to, żeby zajmować się bronią jądrową. Nikt nie rozmawiał o tej pracy, a w lokalnej gazecie – w której zatrudniła się na pół etatu – nikt też o tym nie pisał. Kiedy laboratorium i zewnętrzni komentatorzy mimo wszystko dyskutowali o Livermore, zwykle trzymali się jego prac strawniejszych dla public relations, obejmujących dziś rozmaite zadania: od projektowania czujników satelitarnych po promowanie energii termojądrowej.
– Osiemdziesiąt procent komunikatów prasowych dotyczy mniej więcej dwudziestu procent budżetu – mówi Kelley.
Pozostałe osiemdziesiąt procent budżetu idzie oczywiście na bomby. Livermore różni się charakterem od Los...
Archiwum Rzeczpospolitej to wygodna wyszukiwarka archiwalnych tekstów opublikowanych na łamach dziennika od 1993 roku. Unikalne źródło wiedzy o Polsce i świecie, wzbogacone o perspektywę ekonomiczną i prawną.
Ponad milion tekstów w jednym miejscu.
Zamów dostęp do pełnego Archiwum "Rzeczpospolitej"
ZamówUnikalna oferta


![[?]](https://static.presspublica.pl/web/rp/img/cookies/Qmark.png)

