Wielkie dramaty nie tworzą życia
Amerykanin Jim Jarmusch ceni sobie niezależność, ale chcą u niego grać za minimalne stawki sławni aktorzy. Tak jak w najnowszym filmie z plejadą gwiazd – „Father Mother Sister Brother”, który można oglądać w naszych kinach.
Taki film mógł zrobić tylko Jim Jarmusch. Artysta, który nie szuka sensacji, wstrząsów, wielkich wydarzeń. Człowiek, dla którego liczy się każdy przeżyty dzień, każdy mijany przechodzień, rozmowa przy kawie, smutek lub nadzieja w czyichś oczach. W „Father Mother Sister Brother” – swojej pierwszej od sześciu lat fabule Amerykanin znów opowiedział o najprostszych relacjach między najbliższymi ludźmi.
Ten film podzielony jest na trzy części. Każda toczy się w innym miejscu świata – w prowincjonalnej Ameryce, w Dublinie, w Paryżu. W pierwszej nowelce brat z siostrą jadą do starego ojca, który mieszka na odludziu. Mają wrażenie, że klepie biedę. Ale czy tak jest naprawdę? W samochodzie rodzeństwo, które od dawna idzie własnymi drogami, nie bardzo ma o czym ze sobą rozmawiać. I wizyta u ojca niczego nie zmieni.
W Dublinie dwie siostry wpadają do matki na coroczną herbatę. Są dość zwyczajne, mają stosy problemów. Matka – popularna, zamożna pisarka – jest powściągliwa, nie widzi powodu, dla którego miałaby wykazywać jakiekolwiek głębsze zainteresowanie swoimi dorosłymi córkami. One same też zresztą nie są sobie bliskie. I wreszcie w paryskiej opowieści dwójka bliźniaków jedzie do domu rodziców, którzy zginęli w wypadku. Ale przedtem oczyścili...
Archiwum Rzeczpospolitej to wygodna wyszukiwarka archiwalnych tekstów opublikowanych na łamach dziennika od 1993 roku. Unikalne źródło wiedzy o Polsce i świecie, wzbogacone o perspektywę ekonomiczną i prawną.
Ponad milion tekstów w jednym miejscu.
Zamów dostęp do pełnego Archiwum "Rzeczpospolitej"
ZamówUnikalna oferta


![[?]](https://static.presspublica.pl/web/rp/img/cookies/Qmark.png)
