Próbujemy kupić sobie bezpieczeństwo
Największym problemem naszego bezpieczeństwa nie jest kapryśność sojuszników, lecz strukturalna słabość polskiej armii – pisze były minister spraw zagranicznych w rządzie Zjednoczonej Prawicy.
W wygłoszonym w lutym exposé minister Radosław Sikorski przekonywał, że w relacjach ze Stanami Zjednoczonymi nie będziemy frajerami. Nie przepuszczał też żadnej okazji, by podkreślać, ile Polska dopłaca do obecności amerykańskich żołnierzy w naszym kraju, pokrywając koszty ich zakwaterowania i pobytu.
Po decyzji Waszyngtonu o wstrzymaniu rotacji brygady pancernej szybko okazało się jednak, że frajerami najwyraźniej chcemy być nadal. Co więcej, nie przeszkadza nam nawet podbieranie amerykańskich żołnierzy Niemcom – choć jeszcze chwilę wcześniej premier Donald Tusk zapewniał, że nic takiego nie wchodzi w grę.
Trump i Nawrocki rozumieją się bez słów
Wstrzymanie rotacji było dla polskiego rządu ciosem bardzo dotkliwym. Mowa przecież o brygadzie liczącej ok. 4 tys. żołnierzy, dysponującej 80 czołgami Abrams, bojowymi wozami Bradley, samobieżnymi haubicami Paladin oraz setkami innych pojazdów o łącznej wartości ok. 8–12 mld zł. Aby zrozumieć, jak w USA mogły zostać odebrane słowa ministra Sikorskiego o rzekomo znakomitym interesie, który Amerykanie robią na obecności swoich wojsk w Polsce, wyobraźmy sobie sytuację odwrotną.
Załóżmy, że to Polska wysłała analogiczną brygadę na Litwę: wcześniej sfinansowała wyszkolenie żołnierzy, płaci ich żołd i emerytury, a do tego użycza sprzęt wart miliardy. Jak zareagowalibyśmy na litewskie głosy, że robimy świetny interes, bo...
Archiwum Rzeczpospolitej to wygodna wyszukiwarka archiwalnych tekstów opublikowanych na łamach dziennika od 1993 roku. Unikalne źródło wiedzy o Polsce i świecie, wzbogacone o perspektywę ekonomiczną i prawną.
Ponad milion tekstów w jednym miejscu.
Zamów dostęp do pełnego Archiwum "Rzeczpospolitej"
ZamówUnikalna oferta


![[?]](https://static.presspublica.pl/web/rp/img/cookies/Qmark.png)
