Niebagatelne problemy zamówień publicznych
Wykluczenie spółki z przetargu o wartości 3,7 mld zł za brak wykazania kary w wysokości 15 tys. zł w istocie jest tym samym, czym przed 20 laty był wymóg przybicia zielonej pieczęci w lewym górnym rogu każdej strony oferty.
Rozpoczynając jakiekolwiek szkolenie dot. zamówień publicznych, zazwyczaj zaczynam od przypomnienia, że celem zamówień publicznych jest stworzenie uczciwego systemu wydawania publicznych pieniędzy w całej Unii Europejskiej. Proste przywołanie daty pierwszej polskiej ustawy – 10 czerwca 1994 r., wskazuje, że zamówienia przyszły do Polski na długo przed przystąpieniem do UE, w związku z tzw. okresem stowarzyszenia. Bo nie ma swobód UE bez wspólnych zamówień publicznych.
Zamówienia publiczne, wbrew wielu zakusom, to czysta cywilistyka. Minister kupuje serwery, koleje zamawiają tory, a burmistrz – budowę aquaparku. Ma być wykonane według konkretnych wymagań i potrzeb, dobrze i tanio. Po takim wstępie, w zasadzie można by powiedzieć: wszystko jasne. To po co te ponad 600 artykułów w nowej ustawie – Prawo zamówień publicznych (p.z.p.)? Teoretycznie, żeby ułatwiać i rozwiązywać potencjalne nieprawidłowości.
Latami, właśnie pod rządami przepisów z 1994 r., mieliśmy festiwal wymogów typu: oferta musi być zszyta na stałe, opieczętowana w górnym lewym rogu, pieczęcią w konkretnym kolorze, raz zielonym, innym razem fioletowym. Brak pieczątki na jednej spośród np. 200 stron, dawał powód do wyboru kolejnej oferty. Dlatego standardem w owych czasach było dobrnięcie przez zamawiającego do trzeciej czy nawet czwartej-piątej pozycji w...
Archiwum Rzeczpospolitej to wygodna wyszukiwarka archiwalnych tekstów opublikowanych na łamach dziennika od 1993 roku. Unikalne źródło wiedzy o Polsce i świecie, wzbogacone o perspektywę ekonomiczną i prawną.
Ponad milion tekstów w jednym miejscu.
Zamów dostęp do pełnego Archiwum "Rzeczpospolitej"
ZamówUnikalna oferta


![[?]](https://static.presspublica.pl/web/rp/img/cookies/Qmark.png)