Rzym: koń i Green, ja i ludożercy
Rzym: koń i Green, ja i ludożercy
Odnalazł się nasz pustynny korespondent, którego szukaliśmy od piątku. Okazuje się, że Jóźwika dopadła fatamorgana.
Siemanko! Wita Was redaktor pustynny. Ale jazda, mówię Wam! Zwidę miałem normalnie, bo tak: zostawiwszy Mariana, ratownika bezrobotnego, w rękach, jak się domyślam, przyszłego pracodawcy, ruszyłem plażą na Gdańsk z wolna. Słońce waliło w czachę, morze szumiało, piasek skrzypiał, ten w zębach i ten pod nogami. Gdzieś koło Stogów zaczęły mi skrzypieć kolana (trwały efekt ulotnych sukcesów sportowych), więc hałas się zrobił potworny. Pomyślałem: tu się zatrzymam, oazę założę. I wtedy napotkałem fatamorganę. Zza wydmy wyszła. - Mów mi Roma - powiedziała. Wzięła mnie siłą.
Pamiętam wszystko jak dziś. Stadion olimpijski w Rzymie, właśnie dostarczyli...
Archiwum to wszystkie treści publikowane w "Rzeczpospolitej" od 1993 roku.
Ponad milion tekstów w jednym miejscu.
Zamów dostęp do pełnego Archiwum "Rzeczpospolitej"
ZamówUnikalna oferta


![[?]](https://static.presspublica.pl/web/rp/img/cookies/Qmark.png)