Świat bez ognia
To była dość niszowa stacja, w ciągu dnia nie miała wiele do zaoferowania swoim widzom. Za to nocami przyciągała przed ekrany rzesze odbiorców. Swoim znakiem rozpoznawczym, najchętniej oglądaną audycją, uczyniła zapętlone nagranie płonącego w kominku ognia. W porze, gdy inne kanały pokazywały tykający niemo zegar, ekran kontrolny czy informowały, o której godzinie zacznie się nadawanie ich audycji, tu – na kanale, którego nazwy nawet nie potrafię sobie w tej chwili przypomnieć – trwał powrót do źródeł. Tak się przecież wszystko zaczęło, od wpatrywania w ogień. Ciekłokrystaliczne ekrany próbują naśladować emanujące ciepłem i blaskiem paleniska. Zbieraliśmy się wokół nich, by snuć między sobą opowieści. Teraz rozsiadamy się na kanapach, by słuchać historii sprzedawanych nam w całych pakietach, wszystkich językach świata i technologii „on demand". I nie wyszliśmy najlepiej na tej wymianie.
Jak dla wielu mieszczuchów, tak i dla mnie trwa właśnie ta krótka chwila, parę dni w roku, kiedy można bezkarnie pogapić się na płonący ogień. Zastępuję ekran komputera szybą kominka i powoli dociera do mnie, na czym polega dzieląca je różnica. Wpatrywanie się w ten pierwszy – zazwyczaj – podnosi ciśnienie krwi. Algorytmy sprawnie wykonują swoją robotę – stopniują irytację, dozują satysfakcję skąpo i powoli, tak żeby mój mózg chciał jeszcze. Zażądał dodatkowego uszczelnienia baniek, utwierdzenia się we wszystkim, co już dawno zobaczył...
Archiwum to wszystkie treści publikowane w "Rzeczpospolitej" od 1993 roku.
Ponad milion tekstów w jednym miejscu.
Zamów dostęp do pełnego Archiwum "Rzeczpospolitej"
ZamówUnikalna oferta


![[?]](https://static.presspublica.pl/web/rp/img/cookies/Qmark.png)