W teatrze nikt nie umiera za dawne grzechy
Gdy w finale Mozartowskiego arcydzieła Hubert Zapiór zawieszony jak cyrkowiec wysoko pod kopułą sceny wykonuje w powietrzu brawurowe salta, to teatralna magia w Berlinie nadal działa, choć Komische Oper nie jest już artystyczną wizytówką komunistycznej NRD.
Nigdy może nie powstałaby Komische Oper, gdyby nie sowiecki generał w okupowanym Berlinie i przede wszystkim Austriak Walter Felsenstein, który zainfekował opartą na śpiewie sztukę operową wirusem prawdziwego teatru. Przed nim, co prawda, inni starali się tego dokonać, ale to jego spektakle sprawiły, że terminu „opera” zaczęto używać wymiennie z innym – „teatr muzyczny”.
Kiedy Komische Oper przyjechała w 1969 r. na występy do Warszawy, guru powojennej krytyki teatralnej w Polsce, Konstanty Puzyna swoją recenzję z przedstawień berlińskiego zespołu zatytułował wówczas „Teatr nie z tej ziemi”. I napisał, że to najświetniejszy na świecie teatr muzyczny, w którym „każdy szczegół działa z precyzją zegarka. W polskim bałaganie, w ciągłej improwizacji, teatr Felsensteina jest po prostu nieosiągalny, to zjawisko niedzisiejsze, nierealne, niemożliwe”.
Debiut w niemieckim Bytomiu
Walter Felsenstein urodził się w Wiedniu w pierwszym roku XX stulecia. Karierę zaczynał w latach 20. jako aktor w prowincjonalnych teatrach niemieckich, m.in. w Beuthen, czyli dzisiejszym Bytomiu. W budynku, który obecnie jest siedzibą Opery Śląskiej „Cyganerią” zadebiutował jako reżyser operowy, na tyle udanie, że kilka lat później pracował już w Berlinie. Po dojściu Hitlera do władzy usunięto go...
Archiwum Rzeczpospolitej to wygodna wyszukiwarka archiwalnych tekstów opublikowanych na łamach dziennika od 1993 roku. Unikalne źródło wiedzy o Polsce i świecie, wzbogacone o perspektywę ekonomiczną i prawną.
Ponad milion tekstów w jednym miejscu.
Zamów dostęp do pełnego Archiwum "Rzeczpospolitej"
ZamówUnikalna oferta


![[?]](https://static.presspublica.pl/web/rp/img/cookies/Qmark.png)
