Obłęd
Nie być „tam”, nie otrzeć się choćby o tę ciemność, a pisać o niej, to jak tworzyć miłosne sonety, nie widząc nigdy na oczy kobiety.
Nie był więzieniem. Przynajmniej budynek. Nie było w nim wszystkiego tego, co budowało bliską sercu, czytelną i jasną metaforę szpitala psychiatrycznego jako systemu opresji. Nie to jest właściwą treścią „Obłędu”. W przeciwieństwie do tego, jak widział to miejsce Ken Kesey, pisząc „Lot nad Kukułczym Gniazdem”. Ani Milos Forman, świeżo upieczony emigrant z komunistycznej Czechosłowacji, ekranizując tamtą powieść, odszyfrowując żelazne mechanizmy opresji pod warstwą fałszywej opiekuńczości. Mniej więcej też wtedy Michel Foucault pisał „Historię Szaleństwa”, mniej więcej – choć używając zupełnie różnego od dwóch poprzednich twórców żargonu – mówiąc to samo. Ale żaden z nich nigdy tam nie był. Mówiąc „tam”, nie mam na myśli szpitala, lecz obłęd. Czarne noce samotności, w których najgorsze są światła,...
Archiwum Rzeczpospolitej to wygodna wyszukiwarka archiwalnych tekstów opublikowanych na łamach dziennika od 1993 roku. Unikalne źródło wiedzy o Polsce i świecie, wzbogacone o perspektywę ekonomiczną i prawną.
Ponad milion tekstów w jednym miejscu.
Zamów dostęp do pełnego Archiwum "Rzeczpospolitej"
ZamówUnikalna oferta


![[?]](https://static.presspublica.pl/web/rp/img/cookies/Qmark.png)