Łokciami i Węgrami
Klęska Viktora Orbána nie oznacza na razie generalnej porażki populistycznej eurosceptycznej prawicy, choć wielu już to zaczęło ogłaszać. Nauka, jaką z węgierskich wyborów wyciągnie prawicowy obóz w Polsce, też nie musi być po myśli liberałów.
Jest rzeczą zrozumiałą, że po politycznym trzęsieniu ziemi na Węgrzech pada pytanie o wnioski, jakie z jego klęski powinna wyciągnąć polska prawica. Nie może być inaczej zwłaszcza przy stopniu globalizacji partyjnej polityki w Polsce i innych krajach. Nasza polaryzacja nałożyła się na węgierską.
Premier Donald Tusk i jego koalicja obsadzili się w roli kibiców zwycięzcy Pétera Magyara. Z kolei prezydent Karol Nawrocki pojechał do Viktora Orbána, a Jarosław Kaczyński w wywiadzie dla węgierskiego medium tłumaczył, dlaczego Orbán powinien wygrać z punktu widzenia polskiego, a nie tylko węgierskiego interesu. Takie sprzężenia zawsze wystawiają jedną ze stron konfrontacji na ryzyko rozliczeń, jeśli jej faworyt przegra. W tym przypadku porażka Fideszu była widoczna gołym okiem jeszcze przed wyborami. Choć, oczywiście, polska prawica mogła uważać sondaże przeprowadzane na Węgrzech za zdeformowane (zgodnie z naszymi doświadczeniami). Okazały się prawdziwe.
Za co lubić Orbána
Zacznę od przypomnienia mojego osobistego stanowiska. Niedługo przed węgierskimi wyborami napisałem, że nie kibicuję Orbánowi, choć rozumiem, skąd takie, a nie inne stanowisko polskiej prawicy.
Po pierwsze, w owej globalnej wojnie idei, jaka toczy się w Europie i w Ameryce, lider Fideszu był najwcześniejszym...
Archiwum Rzeczpospolitej to wygodna wyszukiwarka archiwalnych tekstów opublikowanych na łamach dziennika od 1993 roku. Unikalne źródło wiedzy o Polsce i świecie, wzbogacone o perspektywę ekonomiczną i prawną.
Ponad milion tekstów w jednym miejscu.
Zamów dostęp do pełnego Archiwum "Rzeczpospolitej"
ZamówUnikalna oferta


![[?]](https://static.presspublica.pl/web/rp/img/cookies/Qmark.png)
