Zabójca bez rajtuzów
Jestem zmęczony manierą ciągłej dekonstrukcji mitów leżących u podstaw zachodniej kultury, ale „Robin Hood: koniec legendy” przez całkiem mądry morał i wizualne wysmakowanie zrobił na mnie wrażenie.
Jako dzieciak z lat 90. wychowałem się na mistycznym i magicznym brytyjskim serialu „Robin z Sherwood” (1984–86), który bardzo mocno zdefiniował moje spojrzenie na legendę banity ze średniowiecznej Anglii. Do dziś, gdy myślę o mitycznej postaci dobrego złodziejaszka, który okradał bogatych, by pomagać biednym, mam przed oczami Michaela Praeda (Jasona Connery’ego tylko toleruję) z łukiem strzelającym w rytm hipnotyzującej muzyki Clannad.
Kevin Costner, Sean Connery, Russell Crowe, Taron Egerton – i oczywiście Errol Flynn w filmie z 1938 r. – wnieśli różne elementy do popkulturowego umacniania legendy ludowej postaci, która została też wyśmiana w parodii mistrza gatunku Mela Brooksa w „Robin Hood. Faceci w...
Archiwum Rzeczpospolitej to wygodna wyszukiwarka archiwalnych tekstów opublikowanych na łamach dziennika od 1993 roku. Unikalne źródło wiedzy o Polsce i świecie, wzbogacone o perspektywę ekonomiczną i prawną.
Ponad milion tekstów w jednym miejscu.
Zamów dostęp do pełnego Archiwum "Rzeczpospolitej"
ZamówUnikalna oferta


![[?]](https://static.presspublica.pl/web/rp/img/cookies/Qmark.png)
