Aż się piętami nakrywalim i kapelusze pogubilim
Codziennie przywożono rodziny emigrantów i wynoszono z obozu po kilka trumien, zamiast kolonii i rósł cmentarz. W jednym tygodniu rodzina moja zmniejszyła się z sześciu dusz do trzech. Ja dla sąsiada dzieci robiłem trumny, a sąsiad dla moich, groby kopaliśmy razem.
null
Jeden z chłopów przybyłych do Brazylii z okolic Gopła opowiadał:
„Z Kurytyby dostaliśmy się do baraków w Tomas Coelho. Baraki przepełnione. Jeden koło drugiego. Prycza przy pryczy i nad pryczami prycze. W nocy jeszcze można wytrzymać, ale w dzień jak słonko przygrzeje, rzucona siekiera zawiśnie w powietrzu. A w lesie jeszcze gorszy smród aż drzewa sztywno stoją. Trudno wszyscy chodzili za barak jak za stodołę. Aż pewnego razu wybuchła jakaś cholera i straszliwie u nas grasowała. Umierali młodzi i starzy. W barakach leżało pięć, sześć trupów dziennie. Jak tylko ostygł zawijano w pakę i wleczono na cmentarz. Dzień i noc zbijano trumny i kopano doły. Pamiętam, w dzień kiedy umarła i moja matka, pochowano ośmiu tułaczy. Po czterech tygodniach przysłał rząd duże wozy z budami i ci, którzy żyli, uciekali na Lucenę. Ciągnęliśmy przez Araukarję, Łapę do Rio Negro. Było to ze dwieście kilometrów. W Negro dowiadujemy się, że Lucena jeszcze nie pomierzona”.
O ile problemy z wymierzaniem działek można jeszcze zrozumieć, o tyle już inne zaniedbania Brazylijczyków nie mają tak łatwego wytłumaczenia. Na miejscach, w których miały powstać przyszłe kolonie, rząd stawiał baraki. Dygasiński odwiedził je i z pewnym zaskoczeniem...
Archiwum Rzeczpospolitej to wygodna wyszukiwarka archiwalnych tekstów opublikowanych na łamach dziennika od 1993 roku. Unikalne źródło wiedzy o Polsce i świecie, wzbogacone o perspektywę ekonomiczną i prawną.
Ponad milion tekstów w jednym miejscu.
Zamów dostęp do pełnego Archiwum "Rzeczpospolitej"
ZamówUnikalna oferta


![[?]](https://static.presspublica.pl/web/rp/img/cookies/Qmark.png)
