Nikt go nie kocha, ale Warszawa go potrzebuje
W miarę przewidywalny i zorientowany na wspólne bezpieczeństwo partner w Niemczech jest dla Polski strategicznym atutem. Przy całym krytycyzmie i podejrzliwości wobec działań zachodniego sąsiada, warto docenić to, co przez rok swoich rządów zrobił Friedrich Merz.
W przedpołudnie 6 maja 2025 r. wszystko było gotowe na zaprzysiężenie nowego kanclerza Niemiec. Dzień wcześniej, po wielomiesięcznych negocjacjach, partie CDU/CSU i SPD – zwycięzcy przyspieszonych wyborów parlamentarnych – z ulgą podpisały prawie 150-stronicową umowę koalicyjną. Podzielono resorty i zapowiedziano ostateczny koniec ery Olafa Scholza. Realizacja dalszego scenariusza wydała się już tylko formalnością. Prezydent federalny Frank-Walter Steinmeier wręczy w pałacyku Bellevue akt powołania, potem uroczysta przysięga na oryginał niemieckiej konstytucji z 1949 r.
Tymczasem polityczny Berlin obiegła sensacyjna wiadomość: Merz przegrał właśnie tajne głosowanie w Bundestagu – do wymaganej większości zabrakło mu aż sześciu głosów. Dla tego przyzwyczajonego do sukcesów 69-letniego prawnika, byłego menedżera i finansisty było to coś więcej niż tylko polityczne upokorzenie. W tym krytycznym momencie ujawnił się nie tylko brak wyraźnego poparcia oraz lojalności ze strony własnego zaplecza. Patrząc z dzisiejszej perspektywy, była to także swoista wróżba, że Merz nie będzie liderem, na jakiego czekają Niemcy, a ambitne plany reform i zmian, jakie zapowiadał z wielką pewnością siebie w kampanii wyborczej, okażą się trudne do zrealizowania.
Po roku wiele wskazuje na to, że obawy te nie były bezpodstawne. W kolejnym...
Archiwum Rzeczpospolitej to wygodna wyszukiwarka archiwalnych tekstów opublikowanych na łamach dziennika od 1993 roku. Unikalne źródło wiedzy o Polsce i świecie, wzbogacone o perspektywę ekonomiczną i prawną.
Ponad milion tekstów w jednym miejscu.
Zamów dostęp do pełnego Archiwum "Rzeczpospolitej"
ZamówUnikalna oferta


![[?]](https://static.presspublica.pl/web/rp/img/cookies/Qmark.png)