Dziecko się uczy, rodzic kupuje
Zdawałoby się, że to branża marzenie. Klient - gwarantowany. I indywidualny, i instytucjonalny. Uczeń musi mieć tornister, zeszyty, pióra, ołówki, gumki, ekierki, cyrkle i inne przybory, bez których nie ma nauki. Szkoła musi mieć tablicę, kredę, mapy, globusy i podobne pomoce, bez których nie da się przekazywać wiedzy.
Właśnie zaczął się coroczny szczyt sezonu szkolnego. Ruszyły promocje w hipermarketach. Ciągną do nich tłumy. W małych sklepach też ustawiają się kolejki. Ale wkrótce znikną i wszystko wróci do normy. Sprawdzamy, jak sobie radzą różni przedstawiciele tej branży.
Bariera wejścia w ten biznes ustawiona jest stosunkowo nisko. Nie trzeba ani dużej powierzchni, ani wielkich pieniędzy, by handlować artykułami szkolnymi. Tyle że pole do popisu coraz mniejsze. W wielkim mieście sklepu z artykułami szkolnymi nie uświadczysz. Rynek opanowały sieci i hipermarkety. Małe sklepy są bez szans, chyba że wąsko wyspecjalizowane, np. w zaopatrzeniu plastyków lub architektów, oferujące wyroby, których nie sprzedają hipermarkety.
Co innego w małym mieście, ale...
Archiwum to wszystkie treści publikowane w "Rzeczpospolitej" od 1993 roku.
Ponad milion tekstów w jednym miejscu.
Zamów dostęp do pełnego Archiwum "Rzeczpospolitej"
ZamówUnikalna oferta


![[?]](https://static.presspublica.pl/web/rp/img/cookies/Qmark.png)



