Dmuchanie szkła dla zaawansowanych
Przy „Czarnym Lesie” możemy się przekonać, czy legendarny twórca gier wrócił do formy.
Uwe Rosenberg to był gość. To znaczy dalej jest, ponieważ wciąż wydaje gry, ale kiedyś jego nazwisko wzbudzało dreszcz emocji u wszystkich graczy. Po pierwsze, jego gry euro (czyli te bardziej „ekonomiczne”, skupione na rozwiązaniach mechanicznych i zdobywaniu punktów za dobre wykorzystanie dostępnych akcji, a nie na aspekcie przygody czy dostarczaniu odpowiedniego „klimatu” rozgrywce) były fenomenalne – miały wszystko to, czego oczekiwał gracz marzący o rozgrzaniu do czerwoności swych szarych komórek. Po drugie, były dostępne na polskim rynku, w naszym rodzimym języku, a o to było bardzo trudno w pierwszej dekadzie XXI wieku. Wtedy nikt jeszcze nie śnił, że gry bez prądu staną się aż tak popularne.
Na manowce i z powrotem
W „Agricolę” Rosenberga grali wszyscy miłośnicy gier planszowych, dyskutowali o niej, ścigali się na punkty, dyskutowali o najlepszych strategiach. Do dziś uważam, że jest to jego najlepsza gra, a nawet nie można jej odmówić swojskiego klimatu. Budujemy w niej bowiem własne gospodarstwo, sadzimy marchew, siejemy zboże, hodujemy zwierzęta, powiększamy rodzinę i... walczymy, aby ją wykarmić. „Agricola” jest jak tosty, przez długi czas możemy ich nie jeść, ale jak już wyciągniemy toster, to wcinamy je przez dwa tygodnie. Jest to pozycja, której nie tak daleko do ideału. Jeżeli ktoś mi zaproponuje partię, nie odmówię.
Moją ukochaną grą Rosenberga na wieki...
Archiwum Rzeczpospolitej to wygodna wyszukiwarka archiwalnych tekstów opublikowanych na łamach dziennika od 1993 roku. Unikalne źródło wiedzy o Polsce i świecie, wzbogacone o perspektywę ekonomiczną i prawną.
Ponad milion tekstów w jednym miejscu.
Zamów dostęp do pełnego Archiwum "Rzeczpospolitej"
ZamówUnikalna oferta


![[?]](https://static.presspublica.pl/web/rp/img/cookies/Qmark.png)




