Jak odbić spółki z rąk polityków
Dopóki za uleganie partii napiętnowane mają być tylko zarządy, a politycy – domagający się stanowisk lub pieniędzy – pozostaną bezkarni, raczej niewiele się zmieni.
Taka obietnica padała właściwie w każdej kampanii wyborczej od 1989 r., więc ponad dwa lata temu nie mogło być inaczej. „Zwolnimy wszystkich członków rad nadzorczych i zarządów. Przeprowadzimy transparentne konkursy, w których decydować będą kompetencje, a nie znajomości rodzinne i partyjne” – brzmiał jeden ze „100 konkretów” Koalicji Obywatelskiej. I jak to bywało wcześniej, mało kto – o ile ktokolwiek w ogóle – wziął ten postulat na poważnie. Oczywiście jego drugą część, bo pierwsza została zrealizowana niemal natychmiast. Ba, w wielu wypadkach nowi, którzy przyszli wraz z nową władzą, zdążyli już zostać wymienieni.
Spółki, w których jest choćby ułamek udziałów Skarbu Państwa lub samorządów, od lat traktowane są jak łupy, mające zapewnić dostatnie życie politykom – a także ich rodzinom i znajomym – rządzącej w danym momencie partii. Pogląd ten wyznawany był, jest i zapewne będzie jeszcze długo...
Archiwum Rzeczpospolitej to wygodna wyszukiwarka archiwalnych tekstów opublikowanych na łamach dziennika od 1993 roku. Unikalne źródło wiedzy o Polsce i świecie, wzbogacone o perspektywę ekonomiczną i prawną.
Ponad milion tekstów w jednym miejscu.
Zamów dostęp do pełnego Archiwum "Rzeczpospolitej"
ZamówUnikalna oferta


![[?]](https://static.presspublica.pl/web/rp/img/cookies/Qmark.png)