Emigracja lekarzy z naszego kraju nie jest już zagrożeniem
Z reguły dyrektorzy szpitali, którzy płacą lekarzom bajońskie sumy, są jednocześnie najbardziej zadłużeni. Robią to za pieniądze publiczne, nie ponosząc żadnej osobistej odpowiedzialności za takie decyzje – mówi dr n. med. Bernard Waśko, dyrektor Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego PZH – Państwowego Instytutu Badawczego.
Kto umożliwił lekarzom osiąganie sześciocyfrowych zarobków w skali miesiąca w publicznej ochronie zdrowia?
Trudno przypisać to konkretnej osobie z imienia i nazwiska, lub nawet ich grupie; ten proces był wieloletni i rozłożony na etapy. Mówimy tu o perspektywie kilkunastu lat, kiedy zaczęło się masowe przechodzenie lekarzy na kontrakty, po wprowadzeniu w Polsce w 2008 r. unijnych przepisów Dyrektywy o czasie pracy osób zatrudnionych na umowach o pracę, ograniczających maksymalnie do 48 liczbę tygodniowo przepracowanych godzin. Wtedy też praca lekarza na dyżurze zaczęła być liczona jako praca w godzinach nadliczbowych. Nawet pozostawanie w gotowości do pracy traktowane było jako godziny nadliczbowe. Te przepisy stały się de facto „tachografem” dla lekarzy, który spowodował, że nie mogli już pracować więcej, nawet jeśli chcieli. Wtedy zaczęło się szukanie rozwiązań, jak ominąć te ograniczenia. Wyjściem okazało się uwolnienie się od umowy o pracę i przejście na kontrakt cywilny. Pozornie wszystkim było to wtedy na rękę.
Lekarze wskazują, że to Ministerstwo Zdrowia wypychało ich przed laty na kontrakty.
Ale w jaki sposób? Byłem wtedy dyrektorem dużego wojewódzkiego szpitala i te wszystkie zmiany przepisów przerabiałem w praktyce. Proszę...
Archiwum Rzeczpospolitej to wygodna wyszukiwarka archiwalnych tekstów opublikowanych na łamach dziennika od 1993 roku. Unikalne źródło wiedzy o Polsce i świecie, wzbogacone o perspektywę ekonomiczną i prawną.
Ponad milion tekstów w jednym miejscu.
Zamów dostęp do pełnego Archiwum "Rzeczpospolitej"
ZamówUnikalna oferta


![[?]](https://static.presspublica.pl/web/rp/img/cookies/Qmark.png)
