Péter Magyar w paszczy lwa
Lider demokratycznej opozycji każdego dnia uczestniczy w pięciu, sześciu wiecach na głębokiej węgierskiej prowincji. W bastionie Viktora Orbána.
Furgonetka z otwartą platformą, która na tę okazję musi pełnić rolę sceny, jest już na miejscu. Podobnie jak kilkunastu aktywistów. Są ulotki, flagi Węgier. Z głośników płynie węgierski rock. Za chwilę ma pojawić się ten, który jest nadzieją demokratów na Węgrzech: Péter Magyar. Ale na placyku przed domem kultury zebrało się może trzysta osób. W mieścinie, która liczy cztery tysiące mieszkańców, to słabo.
– I tak nie jest źle! – przekonuje mnie Muhari Gergely, który startuje z ramienia opozycyjnego ugrupowania Tisza na posła z tego okręgu położonego około 80 km na wschód od Budapesztu. Idąc w ślady Lecha Wałęsy w 1989 r., Magyar zrobił sobie zdjęcie z każdym z kandydatów do parlamentu Tiszy. Te z Gergelym widnieją wszędzie w Törtel. – Od dwóch lat staramy się dotrzeć do ludzi z prawdą. Mówić o tragicznej sytuacji gospodarczej kraju, o tym, że jeśli Orbán pozostanie u władzy, czeka nas wyjście z Unii. Próbujemy odwiedzić każdy dom. Wszystko na naszych nogach, bo media są w rękach reżimu. Ale nie jest łatwo. Propaganda zrobiła swoje, ludzie pozostają we mgle – tłumaczy Gergely.
Wiece Orbána są ściśle kontrolowane: można wejść tylko za przepustkami. Wokół strzegą je gęste kordony policji. Ale tu, w Törtel, może przyjść każdy. Nawet jednego policjanta nie uświadczysz. Jest tylko paru...
Archiwum Rzeczpospolitej to wygodna wyszukiwarka archiwalnych tekstów opublikowanych na łamach dziennika od 1993 roku. Unikalne źródło wiedzy o Polsce i świecie, wzbogacone o perspektywę ekonomiczną i prawną.
Ponad milion tekstów w jednym miejscu.
Zamów dostęp do pełnego Archiwum "Rzeczpospolitej"
ZamówUnikalna oferta


![[?]](https://static.presspublica.pl/web/rp/img/cookies/Qmark.png)
