Dyplomacja na jednej nodze
Organizując szczyt poświęcony Iranowi, występujemy nie jako kraj realizujący własne interesy, ale jako wykonawca polityki USA – twierdzi publicysta.
Historia nigdy nie powtarza się jeden do jednego, ale faktycznie, jak mówi łacińska paremia, jest nauczycielką życia. Czy nauczyła nas czegoś sytuacja, w jakiej Polska znalazła się przed 1939 r., gdy swoje bezpieczeństwo wobec dwóch państw oparliśmy na dwojgu odległych i niechętnych nam w gruncie rzeczy sojusznikach? A czy nauczyło nas czegoś włączenie się Polski, decyzją rządu SLD, w wojnę iracką w 2003 r. jako jedno z pierwszych państw deklarujących wsparcie dla Stanów Zjednoczonych? Chyba nie.
W pierwszym przypadku przypominanie, jak skończył się nasz sojusz obronny z Francją i Wielką Brytanią, nie jest potrzebne, bo wszyscy to wiedzą. W drugim przypadku ważne było wtedy, a także dziś, ponowne zadanie pytania, czy Polska, przychodząc w sukurs Stanom Zjednoczonym wbrew stanowisku „starej" Europy, zadbała o zabezpieczenie swojego interesu. I tu można mieć wątpliwości.
Dziś sytuacja strategiczna jest inna niż kilkanaście lat temu, są nowe niebezpieczeństwa, lecz i nowe możliwości zapobiegania im. Lecz dwa niedawne wydarzenia każą ponownie spytać, czy nie stawiamy zbyt pochopnie wszystkiego na jedną, amerykańską kartę. Te zdarzenia to zatrzymanie jednego z dyrektorów polskiej filii chińskiej firmy Huawei oraz zapowiedziany na połowę lutego w Warszawie szczyt poświęcony Bliskiemu Wschodowi, którego przewodnim wątkiem ma być sytuacja Iranu (który sam zaproszony oczywiście nie...
Archiwum to wszystkie treści publikowane w "Rzeczpospolitej" od 1993 roku.
Ponad milion tekstów w jednym miejscu.
Zamów dostęp do pełnego Archiwum "Rzeczpospolitej"
ZamówUnikalna oferta


![[?]](https://static.presspublica.pl/web/rp/img/cookies/Qmark.png)