Pilnujemy nieba, a zagrożenie jedzie z kurierem
Trzy miesiące temu, jednego dnia w dwóch odległych od siebie miejscach Europy, doszło do incydentów radiologicznych. Na takie zagrożenia nie jesteśmy dzisiaj przygotowani – przekonuje dr hab. Jacek Siewiera, były szef BBN.
Pisze pan w analizie dla Atlantic Council o zapóźnieniach w europejskich systemach detekcji zagrożeń radiologicznych. Gdzie jesteśmy? Jako Polska i jako Europa.
Diagnoza jest brutalna. Podczas gdy w Europie wybrzmiewa narracja o strategicznej autonomii, wystarczy wspomnieć, że bramki radiometryczne chroniące zewnętrzne granice lądowe Unii Europejskiej nie zostały kupione przez instytucje europejskie. Kupiły je i utrzymują Stany Zjednoczone w ramach programu Departamentu Energii, znanego kiedyś jako Second Line of Defense. To amerykańska infrastruktura wykrywa na przejściu granicznym w Medyce i innych miejscach materiały radioaktywne. Wewnątrz kontynentu jest jeszcze gorzej: programowej warstwy wykrywania w miastach nie ma w żadnym europejskim mieście. Systemy, które Europa zbudowała sama, powstały po Czarnobylu i służą do śledzenia skażeń atmosferycznych: awarii jądrowych lub chmury radioaktywnej na dystansie dziesiątek i setek kilometrów. Polska na tym tle wypada paradoksalnie: na granicy zewnętrznej jesteśmy relatywnie skutecznie chronieni radiologicznie, bo tam stoi amerykański sprzęt. W głębi kraju mamy 65 stacji wczesnego wykrywania skażeń, podczas gdy Niemcy mają ich około tysiąca siedmiuset. W miastach, gdzie oprócz promieniowania gamma ryzyko użycia czynników chemicznych jest największe, nie ma nic systemowego, podobnie zresztą jak w całej Europie....
Archiwum Rzeczpospolitej to wygodna wyszukiwarka archiwalnych tekstów opublikowanych na łamach dziennika od 1993 roku. Unikalne źródło wiedzy o Polsce i świecie, wzbogacone o perspektywę ekonomiczną i prawną.
Ponad milion tekstów w jednym miejscu.
Zamów dostęp do pełnego Archiwum "Rzeczpospolitej"
ZamówUnikalna oferta


![[?]](https://static.presspublica.pl/web/rp/img/cookies/Qmark.png)
