„Michael” krzyczy, że jest zły!
„Michael” to zmarnowana okazja na wielki kinowy dramat. Na otarcie łez są świetne sceny teledysków i koncertów. O zarzutach pod adresem artysty ani słowa!
To mógł być znakomity film. Co najmniej taki jak „Bohemian Rhapsody” o Freddiem Mercurym i Queen czy „Elvis”: biografia, temat i piosenki nie są przecież gorsze.
Tyle tylko, że twórcy kinowych hitów o Mercurym i Presleyu nie przesadzając z wywlekaniem życiowych brudów, nie mieli wątpliwości, że kłamać i przemilczać problematycznych historii, jakie zdarzają się przecież w życiu każdego człowieka, co dopiero gwiazdom ze świecznika – nie wypada. Zwłaszcza że widzowie i fani na taki fałszywy portret idola nie będą chcieli patrzeć. Jak zwykle, rzecz jest w proporcjach. Bo jak mówił Ryszard Ochódzki, prezes Klubu Tęcza, chodzi o to, by plusy nie przesłoniły minusów. Bez tego nie ma wielkiego dramatu. Bez tego nie ma prawdy.
Okropny ojciec
Tymczasem spadkobiercy Jacksona wraz z jego prawnikiem Johnem Branca, który w przeciwieństwie do swojego klienta przeżył i nawet dał sobie wysmażyć laurkę w filmie, uznali, że cały świat może mówić i pisać o zarzutach pedofilii wobec ich Michaela – oni zaś absolutnie to pominą. I pominęli.
Włożyli w to sporo podejrzanego sprytu. Po pierwsze wypichcono scenariusz (John Logan) obejmujący okres, w którym prawie wszyscy uważali, że Michael jest „cool”. Że to on jako...
Archiwum Rzeczpospolitej to wygodna wyszukiwarka archiwalnych tekstów opublikowanych na łamach dziennika od 1993 roku. Unikalne źródło wiedzy o Polsce i świecie, wzbogacone o perspektywę ekonomiczną i prawną.
Ponad milion tekstów w jednym miejscu.
Zamów dostęp do pełnego Archiwum "Rzeczpospolitej"
ZamówUnikalna oferta


![[?]](https://static.presspublica.pl/web/rp/img/cookies/Qmark.png)
