Ustawowe minimum, moralne maksimum
Obecnie ochrona zwierząt jest loterią: zależy od wrażliwości sąsiadów, determinacji wolontariuszy i przypadkowych nagrań w internecie, a nie od stabilnego, przewidywalnego systemu państwowego.
Ostatnie tygodnie przyniosły dwa wydarzenia, które – choć pozornie od siebie odległe – układają się w jeden bardzo czytelny obraz. Najpierw prezydent zawetował tzw. ustawę łańcuchową, czyli nowelizację mającą ograniczyć trzymanie psów na uwięzi i wprowadzić bardziej precyzyjne standardy opieki nad zwierzętami domowymi. W uzasadnieniu weta wskazano m.in. na zbyt daleko idącą ingerencję w prawa właścicieli, nieprecyzyjne obowiązki oraz obawy o nadmierne obciążenie samorządów. Jednocześnie przedstawił własny projekt, co jasno pokazało, że nawet najbardziej podstawowe regulacje dotyczące dobrostanu zwierząt mogą stać się przedmiotem politycznego sporu.
Niemal równolegle opinię publiczną zaszokowała sytuacja w bytomskim schronisku dla zwierząt. Tam psy i koty przetrzymywano w warunkach urągających jakimkolwiek standardom. Te dwa wydarzenia nie są przypadkową zbieżnością. Razem pokazują, że w Polsce ochrona zwierząt wciąż opiera się bardziej na deklaracjach niż na realnych mechanizmach prawnych i instytucjonalnych.
Ustawa zatrzymała się w pół kroku
Kluczowym aktem prawnym pozostaje ustawa z 21 sierpnia 1997 r. o ochronie zwierząt (tekst jedn. DzU z 2023 r., poz. 1580 ze zm.). Jest ona fundamentalna. Dlaczego? To ona po raz pierwszy wprowadziła do polskiego prawa zasadę, że zwierzę nie jest rzeczą. Ustawodawca wyraził to wprost w art. 1 ust. 1, dodając, że „człowiek jest mu...
Archiwum Rzeczpospolitej to wygodna wyszukiwarka archiwalnych tekstów opublikowanych na łamach dziennika od 1993 roku. Unikalne źródło wiedzy o Polsce i świecie, wzbogacone o perspektywę ekonomiczną i prawną.
Ponad milion tekstów w jednym miejscu.
Zamów dostęp do pełnego Archiwum "Rzeczpospolitej"
ZamówUnikalna oferta


![[?]](https://static.presspublica.pl/web/rp/img/cookies/Qmark.png)