No to weźmy
Żyłem zatem i mieszkałem we wsi, głównie dom remontując, chałupę znaczy, na zaprawie wapiennej z bloczków gazobetonowych jeszcze za Gomułki stawianą. Wapiennej, bo z cementem w PRL zawsze było ciężko.
Jak wspomniałem, niedziela to była, więc trochę się z robotą kryłem i w chałupie, za kotarą z ciemnej folii - żeby sąsiadów przez okno nie drażnić - co krótsze deski heblowałem. Wiadomo - w wiosce niby nikt nie patrzy, a wszyscy widzą, co kto robi. Oni zatem o mnie sporo już wiedzieli, i to nie tylko z rozmów, a ja o nich też trochę. Tego niedzielnego popołudnia myłem się właśnie po moim konspiracyjnym heblowaniu i do porządnego wyglądu się doprowadzałem, bo na zaproszenie sąsiadów miałem do nich wpaść pod wieczór. Pół litra soplicy w plastikową torbę włożyłem i poszedłem. Soplica dobrze została przyjęta, ale na stole stał już bimber z sokiem wiśniowym. I kotlety na przegryzienie, jak powiedziała gospodyni, i ni stąd, ni zowąd duży słoik takich właśnie kotletów przede mną postawiła, mówiąc:
- Kotlety z dzika. Jeszcze jesienią wekowane....
Archiwum to wszystkie treści publikowane w "Rzeczpospolitej" od 1993 roku.
Ponad milion tekstów w jednym miejscu.
Zamów dostęp do pełnego Archiwum "Rzeczpospolitej"
ZamówUnikalna oferta


![[?]](https://static.presspublica.pl/web/rp/img/cookies/Qmark.png)

