Zwycięstwo Demjaniuka
Sąd w Monachium był co najmniej niekonsekwentny. Najpierw robił wszystko, by za wszelką cenę wydać wyrok skazujący, a następnie wymierzył byłemu strażnikowi z Sobiboru śmiesznie niską karę – zauważa publicysta „Rzeczpospolitej”
Piotr Zychowicz
Sąd w Monachium skazał byłego strażnika z niemieckiego obozu zagłady w Sobiborze Iwana Demjaniuka. Wyrok został przyjęty z entuzjazmem jako „triumf sprawiedliwości" i „symboliczne ukaranie zła". Proszę mi wybaczyć, ale nie podzielam tego bezkrytycznego entuzjazmu. Wyrok pięciu lat więzienia wymierzony za współudział w zamordowaniu 30 tysięcy osób to nieporozumienie. A cała sprawa Demjaniuka, okrzyknięta przez prasę ostatnim wielkim procesem nazistowskiego zbrodniarza, wzbudza wątpliwości.
Dziwny symbol
Niemcy głoszą, że proces był dowodem na to, iż „naród niemiecki nie zapomniał i nadal świadomy jest swej historycznej winy i odpowiedzialności za Holokaust". Pamięta nie tylko o ofiarach Zagłady, ale również o oprawcach, których ściga, nawet jeżeli są stojącymi nad grobem starcami. W ten sposób nagłaśniany przez środki masowego przekazu proces Demjaniuka nabrał znaczenia symbolicznego.
Szkoda tylko, że tym symbolem spóźnionych niemieckich rozliczeń z mroczną przeszłością stał się deportowany z Ameryki Ukrainiec. Trudno uwierzyć, że na całym świecie nie można było znaleźć choćby jednego niemieckiego esesmana czy gestapowca. Zresztą prokuratorzy z Monachium wcale nie musieli jeździć na poszukiwania za ocean. Wystarczyło postawić przed sądem Klaasa Carela...
Archiwum to wszystkie treści publikowane w "Rzeczpospolitej" od 1993 roku.
Ponad milion tekstów w jednym miejscu.
Zamów dostęp do pełnego Archiwum "Rzeczpospolitej"
ZamówUnikalna oferta


![[?]](https://static.presspublica.pl/web/rp/img/cookies/Qmark.png)
