Ekshumacja
Ekshumacja
WITOLD ZALEWSKI
Wiosna w Warszawie przechodziła niepostrzeżenie, chwilami jednak razem z rześkim podmuchem od Wisły coś wstawało w ruinach, błękit nad miastem nabierał intensywności, przywoływał wspomnienie wolnych przestrzeni nad czystą wodą, echo zaś nagłaśniało tętno kilofów i kluczyło między szczątkami murów. Rozpogodzenie mijało, żywe głosy zamierały, wracała rdzawa szarość, gęstniała duchota i dokoła leżało znów bezkresne cmentarzysko. Zdawało mu się, że spod rumowisk unosi się żywe tchnienie, słyszał stamtąd milczące przesłanie. Nie ujęta w słowa, prosto do duszy trafiała prośba: zostawcie nas w spokoju, myśmy zginęli, a wy nie możecie wiedzieć, jak się to stało...
Poemat prozą, który pod wpływem nostalgicznego nastroju napisał, wprawił jego nowych kolegów z "Tygodnika" w zakłopotanie. Znał już określenie takich jak on użyte przez krytycznego mentora: "zarażeni śmiercią". Niebezpiecznie blisko było od tej metafory literackiej do złowieszczego epitetu. Z wysokości zjazdowej katedry wykrzykujący piskliwym głosem swoje pouczenia, ów wolterowski wyznawca naukowego światopoglądu, jakby mimochodem i z odpowiednim zastrzeżeniem, co jakiś czas posługiwał się słowem wymierzonym prosto w serce. Robił to umiejętnie; mówił: "Zapewne oni (chodziło o poetów ČSztuki i NaroduÇ, tych co polegli i tych co przeżyli)...
Archiwum to wszystkie treści publikowane w "Rzeczpospolitej" od 1993 roku.
Ponad milion tekstów w jednym miejscu.
Zamów dostęp do pełnego Archiwum "Rzeczpospolitej"
ZamówUnikalna oferta


![[?]](https://static.presspublica.pl/web/rp/img/cookies/Qmark.png)