Uznanie dla Cohn-Bendita
Właściwie to się dziwię. Nie mogę zrozumieć, skąd to oburzenie na biednego Daniela Cohn-Bendita po spotkaniu z prezydentem Czech Vaclavem Klausem. Powiedział człowiek to, co mu w duszy gra, i wszyscy rzucili się na niego.
Przecież, tak sobie myślę, należy się politykowi Zielonych wdzięczność. Nie chce prezydent Klaus podpisać traktatu? To będzie musiał. „Będzie pan musiał to podpisać” – czyż ta niemal szekspirowska fraza nie brzmi wspaniale? W zderzeniu z reprezentującym dziejową konieczność Cohn-Benditem powołujący się na suwerenność narodu i państwa Klaus jest niemal śmieszny. Przecież musi wiedzieć, kto w Unii rozdaje karty i że wszystko zostało już przesądzone.
A że to niewiele ma wspólnego z głoszoną powszechnie zasadą...
Archiwum to wszystkie treści publikowane w "Rzeczpospolitej" od 1993 roku.
Ponad milion tekstów w jednym miejscu.
Zamów dostęp do pełnego Archiwum "Rzeczpospolitej"
ZamówUnikalna oferta


![[?]](https://static.presspublica.pl/web/rp/img/cookies/Qmark.png)