Trujący język wojny
O cywilnych sprawach należy mówić językiem cywilnym. Bo wystarczy włączyć newsy z Ukrainy, by zobaczyć, jak naprawdę może wyglądać wojna i na czym polega walka „na śmierć i życie" – pisze publicysta.
Pełzająca rosyjska inwazja na Krymie i narciarze w słonecznym Soczi. Groźba użycia siły do rozczłonkowania Ukrainy, wstrzymujący oddech świat i pikujące giełdy, a z drugiej strony – zimowe igrzyska olimpijskie, jedne z ciekawszych i bardziej udanych. Co, poza Rosją, łączyło te gorące wydarzenia?
Polscy dziennikarze relacjonowali oba tak samo – językiem wojennym.
W przypadku dramatów na Ukrainie jest to niestety język uzasadniony. Do niedawna na kijowskim Majdanie ludzie walczyli wręcz, niektórzy strzelali; byli zabici i ranni. Rosyjska agresja na Krymie sprawia, że świat wstrzymuje oddech. Mamy poczucie, że dosłownie wszystko może się wydarzyć, włącznie z gorącą wojną i umiędzynarodowieniem konfliktu.
Jednak odbiorca jest znieczulony, niepewny, z czym ma do czynienia. To częściowo nasza,...
Archiwum to wszystkie treści publikowane w "Rzeczpospolitej" od 1993 roku.
Ponad milion tekstów w jednym miejscu.
Zamów dostęp do pełnego Archiwum "Rzeczpospolitej"
ZamówUnikalna oferta


![[?]](https://static.presspublica.pl/web/rp/img/cookies/Qmark.png)
