Stagnacja mi nie grozi
Trzeba mieć w sobie cierpliwość. Gdy od początku myśli się wyłącznie o karierze, pociąg do niej może odjechać – mówi tenor Piotr Beczała, zdradzając swoje plany artystyczne na przyszłość.
Co po tylu latach kariery pana nadal nakręca do kolejnych artystycznych poszukiwań i wyzwań?
Nie wolno spoczywać na laurach. Moment, w którym ogarnie nas poczucie, że jest się tylko zadowolonym z tego, co robimy, oznacza początek końca. A ja, choć lubię powtarzać pewne rzeczy, robię to, by dłubać w nich, szukać nowych interpretacji w rolach, które gram od lat.
Zawsze można coś zrobić lepiej?
Oczywiście. W kolejnych sezonach mam znowu zaplanowane produkcje „Werthera”, bohatera opery Masseneta śpiewam już 32 lata i rajcuje mnie, by znów się nad nim zastanowić. Nie wolno popadać w stagnację, w powtarzanie ról w tym samym kształcie. A poza tym nawet jeśli już kilkadziesiąt razy wystąpiłem w „Tosce”, nie jest to naprawdę nic wielkiego. Anna Moffo zaśpiewała w swoim życiu 800 przedstawień „Traviaty”, Leo Nucci ma na koncie około 600 spektakli „Rigoletta”. Ja na szczęście mam zróżnicowany repertuar, zaczynałem od Mozarta, śpiewam opery włoskie, słowiańskie, francuskie, Wagnera, do tego dochodzi trochę operetek i oczywiście pieśni, więc wiem, że stagnacja mi nie grozi. Ale rekordów nie pobiję. Wie pan zresztą, kto jest rekordzistą w Metropolitan Opera? Tenor Charles Anthony, który w drugiej połowie XX wieku zaliczył prawie 3 tysiące spektakli! Ja...
Archiwum to wszystkie treści publikowane w "Rzeczpospolitej" od 1993 roku.
Ponad milion tekstów w jednym miejscu.
Zamów dostęp do pełnego Archiwum "Rzeczpospolitej"
ZamówUnikalna oferta


![[?]](https://static.presspublica.pl/web/rp/img/cookies/Qmark.png)
